Kliknij tutaj --> 🦞 co moja mama robi najlepiej

Moja mama fajna jest. o tym ja najlepiej wiem. Gdy mi smutno jest i źle, zawsze przy mnie blisko jest. ref. Bo mama, bo mama najlepiej wszystko wie. Bo mama, bo mama, tak bardzo kocha mnie. A mój tata to jest ktoś. Czasem mi zaspiwea coś. Kiedy wolną chwilę ma, chętnie ze mną w piłkę gra. ref. Bo tata, bo tata, najlepiej wszystko wie V sobotu vecer sme mali priatelske posedenie pri ohnicku u kamaratov v zahrade.Kedze dost fukalo,my,zeny sme sa presunuli do kuchyne a chlapi ostali v zahrade.Kym oni Arka Noego „Mama królowa” Idealna do śpiewania razem z dzieckiem! „Mama czuwa, Mama wie, Czego każde dziecko chce. Mama kocha, Mama wie najlepiej, Czego mi brakuje, Czego potrzebuje, Mama kocha, Mama wie najlepiej.” 8. Fasolki „Życzenia dla mamy” Z cyklu: piosenki dla mamy i nie tylko! Tę piosenkę możesz śmiało śpiewać z Pycha,smak mojego dzieciństwa,już bardzo dawno nie jadłam prażuchów:( najlepiej smakują mi jak zrobi moja mama,ale muszę spróbować sama.W domu mojej mamy tę potrawę nazywano "dziady" :)) Moja babcia tak ją nazywała i moja mama również.Pewnie dlatego,że ta potrawa jest tania,tak myślę. Scenariusz zajęcia z zakresu – przygotowanie dzieci do czytania. Grupa dzieci 6 letnich. Nauczyciel: Maria Gibała. Temat zajęcia: „Moja mama”. Cele ogólne: - kształtowanie więzi emocjonalnej ze swoją rodziną, dostrzeganie wkładu pracy mamy w codzienne życie domowe. - kształtowanie umiejętności wypowiadania się: poprawne Chat Rencontre Gratuit En Ligne Quebec. W czwartym Kosmosie dla dziewczynek „Mamy” zaproponowaliśmy przeprowadzenie przez Wasze dzieci wywiadu z mamą. Zachęcamy, by zrobić go na przykład dzisiaj, specjalny dzień – Dzień Mamy. Za oknem deszczowo, pogoda nie skłania do wychodzenia z domu. Dlatego postanowiłyśmy same zrealizować kosmiczne zadanie. Było zabawnie i wzruszająco. Serdecznie polecamy! Wyślijcie do nas wasze wywiady. Poniżej prezentujemy wywiad Mikołaja, lat 7,5, ze swoją mamą – Magdą Kaźmierczak, naszą koordynatorką działań edukacyjnych oraz Michaliny z Ewą Pietruszczak, członkinią zarządu Fundacji dla Dziewczynek, odpowiedzialną za obszary marketingu i komunikacji. Wywiad Mikołaja z mamą, Magdaleną Kaźmierczak, koordynatorką działań edukacyjnych Fundacji Mikołaj (7 i pół lat): Mamo opowiedz mi o sobie – nie-mamie. Co lubiłaś przed moim urodzeniem, a czego nie lubiłaś najbardziej na świecie? Magda Kaźmierczak: Najbardziej na świecie, zresztą tak jak i teraz, lubiłam pisać, czytać, tańczyć i śpiewać. Strasznie nie lubiłam lekcji WF-u. Nie lubiłam grać w koszykówkę i nie lubiłam robić zakupów. Co było dla Ciebie ważne zanim zostałaś mamą? – Moi przyjaciele. Ważna była nauka, zdobywanie wiedzy, czytanie – tak jak mówiłam, różne rzeczy związane ze sztuką i najbliższa rodzina. Gdybyś mnie mogła zabrać w miejsce, które zrobiło na Tobie największe wrażenie zanim się urodziłem, gdzie byśmy wylądowali? – Myślę, że wylądowalibyśmy w dwóch miejscach, w których byłam zanim się urodziłeś. Jedno to byłaby Grecja, różne miejsca w Grecji, ale przede wszystkim Kreta – taka piękna wyspa, na której jest bardzo ciepło, gdzie są piękne kwiaty i można jeść rybki samodzielnie złowione w morzu. Jest w ogóle bardzo pięknie i mieszkają cudowni, ciepli ludzie. A drugie miejsce to również ciepły kraj – Hiszpania, okolice Barcelony, które na pewno by Ci się spodobały. Tam jest mnóstwo ludzi, jest kolorowo, rozbrzmiewa piękna muzyka, są piękne światła i palmy. Jak wyglądał świat, gdy byłaś małą dziewczynką? – Nie było wielu rzeczy, które teraz są normalne. Nie było telefonów komórkowych. My z moją mamą miałyśmy telefon stacjonarny dopiero wtedy, gdy ja już byłam dorosła. Wcześniej chodziło się na przykład dzwonić od kogoś, od sąsiadów. Był taki telefon na kabelek, z tarczą – taki, jaki jest jeszcze u babci Krysi – z takim kręconym kabelkiem. Nie było gier komputerowych… to znaczy były, ale nie takie powszechne. Ja nie miałam swojego komputera bardzo długo. W telewizji były tylko kanały, jakie były dostępne dla wszystkich, takie trzy państwowe kanały i oglądało się to, co leciało. Nie było takich kanałów jak dziś, że włączasz sobie bajkę, którą chcesz i o godzinie o której chcesz. Co było takiego fajnego… Dużo więcej czasu spędzało się na podwórku z dziećmi. Skakało się w gumę – to była taka fajna gra. Wtedy to była jedna z nielicznych rozrywek, które były dostępne i ja to uwielbiałam i bardzo dużo na tej gumie skakałam. W co lubiłaś się bawić w moim wieku? – Na to już trochę odpowiedziałam. Lubiłam bardzo skakać w gumę, bawić się klockami lego, choć nie miałam ich wcale dużo. Miałam tylko dwa zestawy, jeden mały drugi bardzo duży. Bardzo lubiłam czytać, rozwiązywać różne łamigłówki, krzyżówki dla dzieci, rebusy. Lubiłam z koleżankami bawić się na podwórku, lepić z gliny wykopywanej z ziemi. Opowiedz jakąś śmieszną historyjkę z czasów gdy chodziłaś do szkoły. To jest historia związana z moją mamą. To było w trzeciej klasie. Pani powiedziała, że przyjdzie do nas studentka, która będzie nas obserwowała. Nikt nas nie wiedział kto to będzie. Byliśmy wszyscy bardzo zaciekawieni. Tak się złożyło, że któregoś kolejnego dnia moja mama przyszła do mnie do szkoły. Wyglądała bardzo ładnie, była bardzo miła. Jedna z moich koleżanek wtedy wykrzyknęła: „To jest chyba ta studentka!”. Moja mama, gdy jej to opowiedziałam, to się tak ucieszyła, że ktoś pomyślał, że jest ciągle taka młoda. Co okazało się dla Ciebie największą frajdą, gdy pojawiłem się w twoim życiu, a co najbardziej Cię zaskoczyło? – Największą frajdą było patrzeć jak rośniesz i jak robisz nowe super rzeczy, jak się zmieniasz z dnia na dzień. Jak na przykład jednego dnia się jeszcze nie uśmiechałeś, a drugiego już tak. Albo jednego dnia nie chodziłeś, a następnego dnia nagle tak. I to było cudowne i nadal jest, patrzeć jak uczysz się nowych rzeczy, coraz więcej umiesz. I to, że jest się tak blisko w kontakcie z drugim człowiekiem non stop, tak bardzo, bardzo blisko. I to, że tak zawsze mi ufałeś – to było najpiękniejsze dla mnie. A, co mnie zaskoczyło… Że się tak mało śpi, gdy ma się dzieci i że dzieci budzą się w nocy tak strasznie często. Ale to nie jest jakiś wielki problem. Po prostu przywykłam do tego. Jakie jest twoje najpiękniejsze wspomnienie z czasów, gdy zostałaś już mamą? – Chyba sam poród był takim niesamowitym przeżyciem, jak się rodzi pierwsze dziecko. Gdy zobaczyłam Ciebie, gdy pani położna położyła Ciebie na moim brzuchu, powiedziałam „Jaki on piękny”. Tego się nie da opisać, co się czuje, gdy się widzi swoje dzieciątko. Co najbardziej lubisz robić dla siebie? – Nadal są to te rzeczy, które lubiłam robić przed twoim urodzeniem… Lubię pisać, czytać, tańczyć i śpiewać. Bardzo lubię nadal spotykać się z przyjaciółmi. A jedną z rzeczy, które lubię robić, to spędzanie czasu z Wami. To też jest dla mnie fajne. Z czego jesteś dumna? – No wiadomo że z Was, moich dzieci. Jestem też dumna z moich ostatnich osiągnięć, a w szczególności z przetłumaczonej książki. Z tego jestem najbardziej dumna. Ale największe ‘dumy’ jeszcze przede mną – wasze osiągnięcia i kolejne sukcesy w moim rozwoju. Gdyby się okazało, że masz super moce i możesz zrobić wszystko, to co byś zrobiła? – Jak bym miała taką super moc, to bym sprawiła, by wszyscy ludzie na świecie byli zdrowi. Zaadoptowałabym wszystkie dzieci, które nie mają domu i kochających rodziców. Wybudowałabym dla nich ogromny dom i nasza rodzina by się nimi opiekowała, tak żeby już żadne dziecko nigdy nie płakało. Dobra to już koniec wywiadu. Wywiad Michaliny (lat 8) z mamą, Ewą Pietruszczak, członkiną zarządu Fundacji, odpowiedzialną za obszary marketingu i komunikacji Michalina: Z czego jesteś dumna? Ewa Pietruszczak: To jest trudne pytanie. Jestem dumna z siebie, z tego, co zrobiłam. Jestem bardzo dumna z moich dzieci, jestem dumna z „Kosmosu dla Dziewczynek”. A teraz bardzo, bardzo trudne pytanie… Gdyby okazało się, że masz super moce i i możesz zrobić wszystko, to co byś zrobiła? – Zrobiłabym tak, żeby nikt nie szedł głodny spać na całej Ziemi i żeby nikt nie szedł spać w strachu. By wszyscy ludzie uwierzyli, że mają taką moc, że mogą sobie poradzić ze wszystkimi problemami, jeśli tylko będą rozmawiać ze sobą. I kupiłabym Ci pięć aparatów fotograficznych. Albo nie, zbudowałabym fabrykę aparatów i razem byśmy myślały nad tym, jaki aparat teraz chcemy mieć. Każdego tygodnia mogłybyśmy doskonalić inny aparat fotograficzny. …za złotówkę – Może być za złotówkę i takie, jakie byśmy chciały. A ci, którzy pracują w fabryce, tak jak ci, którzy pracują w Kosmosie – bo gdy przynosisz Kosmos do domu to nie muszę za niego płacić. – No właśnie, jak byśmy miały swoją fabrykę, musiałybyśmy być odpowiedzialne za to, że ona musi funkcjonować. Gdybym miała super moc to uporządkowałabym całą naszą planetę. Sprawiłabym, że zniknęłyby wszystkie śmieci. Lasy, które wyrąbaliśmy, by pojawiły się z powrotem. Nie byłoby worków plastikowych w oceanach i by powietrze było czyste. A teraz pytanie – co okazało się dla Ciebie największą frajdą, gdy pojawiłem się w twoim życiu, a co najbardziej Cię zaskoczyło? – Największą frajdą było to, że się pojawiłaś i że się pojawiłaś zdrowa i szczęśliwa, taka piękna, spokojna i mądra. Zaskoczył mnie bardzo twój spokój i to, że byłaś takim spokojnym, zadowolonym dzieckiem. Nawet byłam z Tobą u lekarza i poskarżyłam się: „Ta dziewczyna w ogóle nie płacze, czy wszystko jest z nią w porządku?”. Zachwyciło mnie to, że robiłaś wszystko w swoim tempie. Jak rosłaś, ja zaczęłam budować swoją firmę. To, że tak rosłaś i się rozwijałaś dawało mi bardzo dużo siły, nadziei i odwagi, że moja firma też się tak będzie rozwijała w swoim tempie i w dobrym kierunku. Mówię o „Elementach”, wtedy jeszcze nie było „Kosmosu”. W co lubiłaś się bawić, gdy byłaś w moim wieku? – Miałam taką jabłonkę. Mieszkałam w domu poniemieckim, wokoło rosły stare drzewa i była taka piękna jabłonka, na którą łatwo się było wspinać. Ona miała taką gałąź, na której można było się opierać. Nazywałam ją „baza”. Wchodziłam na „bazę”, czyli wdrapywałam się na tę jabłonkę, która była przy płocie sąsiada. Siedziałam tam ukryta i obserwowałam. A miałaś lornetkę? – Nie, nie miałam. Ale bardzo lubiłam tam długo siedzieć. Lubiłam też robić takie widoczki. Brało się kawałek szkła, trzeba było zrobić tak, by piasek był gładziutki. Robiło się układankę z kwiatków, listków. To się przykrywało szkłem i dzięki temu nic się nie ruszało. To się przysypywało potem piaskiem. To była zabawa w odkrycia – miałaś takie odkrycia archeologiczne. Widzisz, że jest trochę szkła, poruszasz piaskiem i pojawia ci się taki piękny obrazek, jakaś kompozycja z kwiatów. To było strasznie fajne. Tych obrazków było dużo na całym podwórku. No to dziękuję za wywiad i to już koniec – Bardzo dziękuję za wywiad, buziaczki, papa i pipi. Forum: Oczekując na dziecko Chcę się Was dziewczyny zapytać jak Wasze mamy reagują na to, że będą babciami? Moja niby ciągle pytała kiedy w końcu postaramy się o dziecko, a teraz jej zainteresowanie nagle zniknęło. Nie odwiedza mnie, nawet gdy jest na urlopie. Zawsze znajduje jakąs wymówkę. Ma dużo czasu, gdyż w prowadzeniu domu pomaga jej moja babcia (a właściwie to ona prowadzi cały dom). Ma za złe, że moja babcia chce się jakoś włączyć w opiekę nad moim maluszkiem. Nie chce oglądać kasety z USG, gdyż twierdzi, że ona nie lubi tego oglądać, bo “to” (czyli moje dziecko!) przypomina jej galaretę!!!!!! NIe jest ciekawa zakupów dla dziecka. Słowem mam matkę a praktycznie tak jakby jej nie było. Zero wsparcia. Jak to jest u Was? Na co możecie liczyć? Czy to, że jesteście dorosłe oznacza, że same przestałyście być córkami? Że nie potrzebujecie zainteresowania Waszych mam? Dorota mama Mikołaja ( Słuchajcie, w niedzielę mam 1 rocznicę slubu, a z moim mężem tak źle mi się układa, że gdybym nie była związana małżeństwem, to bym po prostu odwróciła się na piecie i odeszła w sina dal. Nawet nie mam pojecia, co się dzieje. Czy to taki kryzys po roku? Mój mąż jest okropnym egoista i nie ukrywa tego. Zarabiamy bardzo mało, czasem nam nie starcza w miesiącu. Teraz moi Rodzice stawiają nam przybudówkę za własne pieniadze, ale środek będziemy musieli wyposarzyc sami. Jest ciężko, nie mogę odłożyć nawet 100 zł i nie stać nas na zlew nawet. Ale mój mąż ma to w dupie!!!!!!!!! Jego obchodzi jedynie komputer. Kupił na raty monitor, wcześniej zjarał Rodzicom kompa i musial odkupić jakąś część. 400 zł,monitor 500 zl. Do tego jakies karty graficzne i inne duperele – jakieś 600 zl. Jak bylismy w Hiszpanii kupil dysk przenosny za…. bagatela 40 Euro. Ja nic, kompletnie nic nie kupilam sobie w Hiszpanii, bo nie starczylo kasy (pieniadze byly z diet, ktore dostalam na ten wyjazd z pracy). Teraz sie mnie pyta czy kupimy twardy dysk – 300 zl minimum. Ja powiedzialam, ze N I E!!!!!!!!!!!!!!!!! On zakomunikowal mi, ze w takim razie on mi mowi, ze i tak go kupi i nie dba o moje zdanie. Wiem, ze to nie koniec. Pytalam go, czemu nie jest czuly, czemu mnie nie caluje, nie tuli, nie mowi czulych slow. On tylko robi to, co dla niego najlepsze – KOMPUTER. Po pracy od razu siadal i gral. On na to, ze nie jest czuly powiedzial mi, ze JA NIE ZASLUGUJE NA TO. A to dlatego, ze nie wywiazuje sie z malzenskich obowiazkow, bo nie gotuje codziennie itp. On nie moze przezyc, jesli ja siedze i nic nie robie. Teraz z moim ojcem stawiaja mieszkanie, wiec ma zapieprz! Ale wczesniej – spal po pracy a potem na momputer. Nawet olal prace magisterska, nie obronil sie. Bedzie staral sie we wrzesniu. ZOBACZYMY. A skad ja mam pieniadze wziasc na moje czesne na studia na wrzesnien – 2400 zł? Nawet zlotowki nie odlozylam. Jego rachunki na tel. komorkowy przychodza ponad 100 zl, stacjonarny – za internet – 100 zl. ON MA WSZYSTKO W DUPIE!!! Przedwczoraj z nim porozmawialam. Skonczylo sie na awanturze. Od wczoraj jest na mnie obrazoy. A to ja powinnam byc obrazona na niego. Wiem, ze mnie nie kocha. A jesli to bardzo niewiele. Wiecie, kiedy ostatnio sie kochalismy??????? – 30 maja!!! I tak jest zawsze. Raz, dwa, czy trzy razy w miesiacu. To jest wlasnie przyczyna mojej “bezplodnosci” – zimny i nieczuly maz. Wiecie co. Moja milosc do niego zmalala i nie chce tego dalej ciaganc. On sie nie zmieni – ma juz 33 lata i swoje przyzwyczajenia. Ja go juz chyba nie kocham. Nie moge zniesc tych slow, jego slow ponizajacych mnie. On z siebie robi ofiare jakiego terroru stosowanego przeze mnie. A ja na wszystko sie godze. Powiedzcie, prosze, bo juz nie mam sily. Szukalam jakos oparcia, ale jestem sama z moim problemem. Moja mama nie moze wiedziec o tym, bo potem bedzie jeszcze gorzej. Aga fot. Adobe Stock, pressmaster Udar to poważna sprawa, ale kiedy chory wyjdzie ze szpitala, nie wolno mu pobłażać. Na powrót do pełnej sprawności trzeba ciężko pracować… Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu. Mój tata miał udar. Gdy mama zadzwoniła i mi o tym powiedziała, omal nie zemdlałam. Nie mogłam uwierzyć, że spotkało go coś tak strasznego. Zawsze był przecież silny, zdrowy, pełen energii... Dwa tygodnie wcześniej miał badania kontrolne i chwalił się przez telefon, że lekarz, spoglądając na wyniki, kręcił z niedowierzaniem głową. Mówił, że jak na 55 lat ma fantastyczne wyniki… A tu – udar! Tyle dobrego, że stało się to w domu i mama nie straciła zimnej krwi. Jak tylko zorientowała się, że z tatą dzieje się coś dziwnego, natychmiast zadzwoniła po pogotowie. A potem do mnie. – Przyjedź jak najszybciej do szpitala, bo nie wiadomo, co będzie z ojcem. Jak go zabierali, to biedak już mnie nie poznawał – łkała w słuchawkę. Nie zastanawiając się ani chwili, wsiadłam w samochód i błyskawicznie pokonałam prawie 200 kilometrów dzielące mnie od rodzinnego miasta. Od kilku lat pracuję w Warszawie i w domu pojawiam się właściwie tylko w święta. Teraz żałowałam, że tak rzadko odwiedzam rodziców. Pędząc na łeb na szyję, modliłam się, żeby tata przeżył, żebym mogła go jeszcze zobaczyć, porozmawiać z nim. Gdy dotarłam do szpitala, natknęłam się na mamę. Siedziała na ławce przed gabinetem lekarskim. Była ciągle jeszcze zapłakana, ale spokojniejsza. – Jesteś… Dosłownie przed sekundą dowiedziałam się, że największe niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Ojciec jest przytomny. Teraz trzeba tylko czekać – mówiła z przejęciem. – Uff, kamień mi spadł z serca. Nawet nie wiesz, jak się cieszę! – z ledwością opanowałam płacz. – A ja?! Przecież wiesz, jak bardzo kocham twojego ojca. Nie potrafiłabym bez niego żyć… – oczy mamy znowu się zaszkliły. – Nie będziesz musiała, mamo, z tatą na pewno wszystko będzie dobrze, zobaczysz – przytuliłam ją. Mama jest bardzo upartą kobietą Nagle uwolniła się z mojego uścisku, otarła łzy i powiedziała z mocą: – Oczywiście, że będzie! Już ja o to zadbam. Tadeusz przez całe życie ciężko harował, żeby ani tobie, ani mnie niczego nie brakowało. Czas najwyższy mu się za to odwdzięczyć. Stan zdrowia taty był ciężki. Na skutek udaru miał niesprawną prawą stronę ciała, nie mógł się samodzielnie poruszać i mówił niewyraźnie. W ogóle nie można go było zrozumieć. Ale mamie to nie przeszkadzało. Siedziała przy nim od rana do wieczora. W lot odgadywała jego potrzeby, karmiła go, pielęgnowała. I codziennie zdawała mi relacje przez telefon. – Paraliż ustępuje! – usłyszałam pewnego dnia. – Tata już próbuje chodzić, zaczyna wypowiadać pojedyncze słowa. Lekarze mówią, że jak tak dalej pójdzie, to niedługo go wypiszą. – To super! Jak już się dowiesz, kiedy to będzie, to koniecznie daj znać. Jakoś urwę się z pracy, przyjadę i pomogę ci w transporcie – odparłam. Było mi głupio, że nie czuwam z mamą przy tacie, ale akurat pracowaliśmy nad bardzo ważnym projektem. Siedziałam w firmie non stop. Nawet gdybym bardzo się starała, nie dałabym rady kursować do szpitala i z powrotem. Ale obiecałam sobie, że jak już skończymy prace, wezmę zaległy urlop i pojadę do domu na dłużej. Tatę wypisano po trzech tygodniach. Tak jak obiecałam, urwałam się z pracy i pojechałam z mamą go odebrać. Dobrze nie było… Tata ledwo chodził, nie mógł niczego utrzymać w prawej ręce. Tylko mówienie nie sprawiało mu już takich trudności jak na początku. Wypowiadał słowa wolno, ale poprawnie. Tuż przed wyjściem udało nam się spotkać z lekarzem prowadzącym i zapytać o rokowania. – Jestem ostrożnym optymistą – powiedział. – Jeżeli pan Tadeusz będzie miał dobrą opiekę, nie zabraknie mu determinacji i skupi się na rehabilitacji, to ma szansę odzyskać częściową lub nawet całkowitą sprawność. Sęk w tym, czy dostanie się na ćwiczenia. Kolejka jest olbrzymia. A im szybciej zacznie, tym lepiej… – zająknął się. Mama spojrzała na niego spod oka. – O opiekę proszę się nie martwić. Potrafię zająć się mężem. A rehabilitację załatwię. Choćbym na głowie miała stanąć! – zapewniła. – Nie wątpię, nie wątpię – uśmiechnął się pod nosem. – Pracuję w tym szpitalu ponad 20 lat i jeszcze nie widziałem, żeby jakaś żona zajmowała się chorym mężem z takim oddaniem. Aż zazdroszczę panu Tadeuszowi. Tylko proszę nie przesadzać z tą opieką. Jeśli pacjent ma wrócić do zdrowia, to musi być aktywny. – Tak, dziękujemy – mruknęła mama i wyciągnęła mnie z gabinetu. Podczas gdy ja pakowałam tatę do samochodu, ona od razu pobiegła dowiedzieć się o rehabilitację. Okazało się, że jest tak, jak mówił lekarz. Pierwszy wolny termin był dopiero za pół roku. – Czy oni zwariowali? Przecież po takim czasie rehabilitacja w niczym już nie pomoże – mówiła zdenerwowana, kiedy położyłyśmy tatę do łóżka i usiadłyśmy w kuchni przy kawie. – To może załatwimy coś prywatnie? Mam oszczędności, mamo… – zaproponowałam. – Nie o to chodzi! Ojciec przez całe życie płacił składki i rehabilitacja mu się należy. Nie martw się, już ja im to wytłumaczę. A jak nie, to mnie popamiętają! – nastroszyła się. Mama zawsze była twardą, chwilami nawet apodyktyczną kobietą. Jak sobie coś postanowiła, to musiała postawić na swoim. Tak było i tym razem. Nie mam pojęcia, gdzie poszła, z kim rozmawiała, jakie znajomości uruchomiła, ale kilka dni później usłyszałam, że następnego ranka wiezie ojca na pierwsze ćwiczenia. Odetchnęłam z ulgą. Byłam pewna, że największa przeszkoda utrudniająca tacie powrót do zdrowia została pokonana. Okazało się jednak, że nie. Całymi dniami leżał w łóżku Pierwsze sygnały, że coś jest nie tak, dotarły do mnie po tygodniu. Zadzwoniłam do mamy zapytać, jak tata radzi sobie na rehabilitacji. Myślałam, że zacznie opowiadać, jak to mu wspaniale idzie i robi postępy. A tu… – Wiesz co, córeczko? Im dłużej przyglądam się tej jego rehabilitacji, tym coraz większe mam wątpliwości, czy w ogóle powinien na nią chodzić – usłyszałam. – Ale dlaczego? – dopytywałam się. – Bo mu szkodzi – odparła. – Słucham? – No tak! Żebyś ty widziała, jak on biedak wygląda po tych ćwiczeniach. Zmordowany, obolały, czerwony z wysiłku… Ruszyć się nie może. Boję się, że jak go tak dalej ten rehabilitant będzie męczyć, to znowu udaru dostanie – tłumaczyła. – Ale przecież to na pewno fachowiec, po studiach. Wie, co robi – starałam się ją uspokoić. – No niby tak… Tylko że to jeszcze taki młody mężczyzna. Chłopaczek prawie. Ma pewnie niewielkie doświadczenie – kręciła nosem. – Mimo wszystko powinnaś mu zaufać, mamo – upierałam się. – No dobrze, niech ci już będzie… Ale wiesz, co on jeszcze wymyślił? Że ojciec powinien bardzo dużo ćwiczyć w domu. Nawet pokazywał mu jak! – oburzyła się nagle. – Ależ to oczywiste! Rehabilitacja pod okiem specjalisty to tylko jedna czwarta sukcesu. Mam nadzieję, że tata dobrze zapamiętał, co ma robić, no i że ty pilnujesz, żeby sumiennie ćwiczył – nie rozumiałam, dlaczego jest taka poruszona. – Zwariowałaś? Jakie ćwiczenia? W domu to ojciec ma tylko odpoczywać. Wystarczy, że wymęczą go w przychodni – stwierdziła. – Nie wystarczy, mamo… – próbowałam, protestować, ale ona natychmiast mi przerwała: – Nie opowiadaj mi tu bzdur, Mirka! Nie ma cię przy nim, więc nawet nie wiesz, ile wysiłku kosztuje go każdy, nawet najmniejszy ruch. Niech sobie ten rehabilitant gada, co chce. A ja i tak nie pozwolę, by narażał ojca. Na razie ma leżeć, dobrze jeść i nabierać sił! – krzyknęła i się rozłączyła. Rozmowa z mamą bardzo mnie zaniepokoiła. Bałam się, że rzeczywiście położy ojca do łóżka. A przecież nie od dziś wiadomo, że bezczynność wbrew pozorom wcale nie pomaga w powrocie do zdrowia po udarze. Nawet przeciwnie – może jeszcze pogorszyć stan chorego. W pierwszy wolny weekend pojechałam więc do domu. Wystarczyło kilka godzin, bym zorientowała się, że jest gorzej, niż podejrzewałam. Mama skakała koło ojca, jak koło malutkiego dziecka Przynosiła mu jedzenie do łóżka, karmiła, prowadziła do toalety, nie pozwalała na żaden wysiłek. W domu mógł właściwie tylko oglądać telewizję i czytać książki. Resztą zajmowała się ona. Oczywiście próbowałam z nią pogadać, wytłumaczyć, że robi krzywdę ojcu, ale mnie nie słuchała. – Bzdura! Chyba lepiej wiem, co jest dla niego najlepsze! – naburmuszyła się i skończyła temat. Nie zamierzałam się poddawać. Gdy w pewnym momencie mama wyszła do sklepu po zakupy, postanowiłam porozmawiać z ojcem. – Tato, tak nie można. Powinieneś być bardziej aktywny, samodzielny… – zaczęłam. – Ojej, przecież wiem, córuś. Ale znasz matkę… Zawsze wszystko wie najlepiej. Nie wygram z nią – przewrócił oczami, a mnie w głowie zapaliło się czerwone światełko. – Zaraz, zaraz… Coś mi się wydaje, że tu wcale nie o trudny charakter mamy chodzi. Do tej pory jakoś sobie z tym zawsze radziłeś. Tato, tobie po prostu się podoba, że ona tak koło ciebie skacze – patrzyłam mu prosto w oczy. Zawstydzony spuścił wzrok. – Faktycznie, to całkiem miłe. Ale przysięgam, za kilka dni wezmę się za siebie! Przecież nie będę leniuchował do końca życia. Słowo harcerza! Wróciłam do Warszawy spokojniejsza. Wydawało mi się, że ojciec dotrzyma słowa, że to słodkie nicnierobienie szybko mu się znudzi. Ale mijały kolejne dni, a z tego, co zdołałam wyciągnąć przez telefon od mamy, w moim rodzinnym domu nic się nie zmieniało. Ba, przyzwyczaił się do tego, uwierzył, że potrzebuje stałej opieki. Gdy którejś soboty znowu wpadłam na moment do domu, siedział w łóżku piżamie, obłożony poduszkami jak pasza. – Tato, co ty najlepszego wyrabiasz? Przecież obiecałeś, że weźmiesz się za siebie! – natarłam na niego. – Nie krzycz, Mirka! Jestem wykończony po rehabilitacji, muszę odpocząć. Dobrze, że chociaż twoja matka to rozumie – zaperzył się. Nie wiedziałam, co robić. Czułam, że rozmowa z mamą jak zwykle nic nie da, a ojcu spodobała się rola ciężko chorego męża. Martwiłam się, że jak tak dalej będzie tylko leżał, to jego stan rzeczywiście się pogorszy. W desperacji zadzwoniłam do cioci Halinki. Od lat mieszkała na drugim końcu Polski, ale mimo to nie straciła kontaktu z mamą. Siostry bardzo często ze sobą rozmawiały, wspierały się w trudnych chwilach. Mama bardzo liczyła się z jej zdaniem. Wiedziałam, że jeśli Halinka nie przemówi jej do rozumu, to już nikt tego nie zdoła zrobić. Ciocia wysłuchała mnie spokojnie. Potem zastanawiała się przez chwilę. – Hm, zwykła rozmowa tu nie wystarczy. Trzeba użyć podstępu – odezwała się wreszcie. – Masz jakiś pomysł? – Mam… Tak, chyba tak. Tylko jest jeden warunek: koniecznie musisz wziąć urlop, żeby mądrze zająć się ojcem – zawiesiła głos. – Za tydzień kończymy projekt i jestem wolna – zapewniłam. – Tak? No to posłuchaj… Przez następny kwadrans wprowadzała mnie w szczegóły swojego planu. Gdy skończyła, byłam w dużo lepszym nastroju. Nie czułam się już bezsilna. Znowu odżyła we mnie nadzieja, że tata jednak wróci do zdrowia. Tydzień później, zgodnie z umową pojechałam na urlop do domu. Gdy tylko przekroczyłam próg, zauważyłam, że mama jest bardzo zmartwiona. – Czy coś się stało? – Dzwoniła ciotka Halinka. Mówiła, że ma jakieś problemy ze sobą, nie wiem, co konkretnie, ale chce, żebym do niej przyjechała – odparła. – Tak? To chyba musisz pojechać. Ciocia nigdy nie prosi o pomoc bez potrzeby – zrobiłam zatroskaną minę. – Wiem, ale przecież nie mogę. Kto w tym czasie zajmie się ojcem? – jęknęła mama, popatrując na mnie. – Jak to kto! Ja! Akurat mam urlop. Zobacz, jak się szczęśliwie złożyło – aż przyklasnęłam. – Ty? No, nie wiem, Mirka. Chyba sobie nie poradzisz – wahała się. – Oczywiście, że sobie poradzę! Przecież to mój ojciec i zależy mi na jego zdrowiu tak samo mocno, jak tobie – zapewniłam gorąco. Tak ją przekonywałam, namawiałam, że w końcu uległa Dwa dni później spakowała walizkę i ruszyła do ciotki Halinki. Naturalnie nie omieszkała zostawić mi instrukcji. – Wiem, że masz dobre chęci, córeczko, ale na wszelki wypadek wypisałam ci na kartkach, co masz przy ojcu zrobić. Dbaj o niego. Wiesz, jaki jest słaby i biedny – pouczała mnie, już stojąc w drzwiach. – Nie bój się, wszystko będzie dobrze – cmoknęłam ją w policzek. Ledwo mama wsiadła do taksówki, wyrzuciłam wszystkie kartki do kosza. Nie miałam najmniejszego zamiaru stosować się do zaleceń mamy. Wręcz przeciwnie, zamierzałam przewrócić życie ojca do góry nogami. Rewolucję zaczęłam jeszcze w dniu wyjazdu mamy. Wieczorem tata poprosił o kolację. Leżał w łóżku… – Stoi na stole, tutaj w pokoju. Ogarnij się i przyjdź – powiedziałam spokojnie. – Ale jak to? Mama zawsze przynosiła mi jedzenie do łóżka – popatrzył na mnie zdumiony. – Wiem, wiem, karmiła cię, myła, ubierała… Ale koniec z tym. Oczywiście będę ci pomagać, ale uważam, że niektóre z tych czynności możesz wykonywać sam. Zaczniemy od jedzenia. Lewą rękę masz przecież zupełnie sprawną, tato. No, wstawaj – odparłam spokojnie. Tacie oczywiście się to nie spodobało. Mruczał pod nosem, że chcę go wykończyć i takie tam różne, ale w końcu zwlókł się z łóżka i przydreptał do salonu. Z satysfakcją zauważyłam, że rehabilitacja pod okiem specjalisty przyniosła efekty. Poruszał się o niebo lepiej, niż po wyjściu ze szpitala. Z jedzeniem też sobie poradził. Trochę nakruszył wokół talerza, wylał pół kubka herbaty, ale ogólnie nie było źle. No i się najadł. – A widzisz? Jak chcesz, to możesz! Jutro pogadam z rehabilitantem o ćwiczeniach domowych. Pomęczymy się razem – uśmiechnęłam się. – O Jezu, jeszcze to? Nie wytrzymam, córka – bronił się. – Wytrzymasz, wytrzymasz. Przecież w gruncie rzeczy twardy z ciebie facet. Tylko się trochę pieścisz, prawda? – mrugnęłam znacząco. – No dobrze, niech ci już będzie, wygrałaś – poddał się. Chyba jednak to ja miałam rację Od tamtego dnia życie taty zupełnie się zmieniło. Pomagałam mu w wielu czynnościach, ale pilnowałam także, by coraz więcej rzeczy robił sam. I przede wszystkim, żeby pilnie ćwiczył w domu. Początkowo denerwował się i buntował, zwłaszcza jak mu coś nie wychodziło, ale gdy nabrał sił, zauważył, że coraz lepiej sobie radzi, i wtedy humor mu się poprawił. Zmagał się z przeciwnościami z coraz większym entuzjazmem i, co najważniejsze, ani razu nie poskarżył się mamie. Gdy dzwoniła i pytała, jak sobie radzimy, niezmiennie odpowiadał, że świetnie… Widać było, że cieszy się z odzyskiwanej sprawności. Sen z powiek spędzała mi tylko jedna myśl: że mama wróci za szybko. Bałam się, że znowu położy tatę do łóżka i wszystko będzie jak dawniej… Podzieliłam się oczywiście tymi obawami z ciotką Halinką. Kontaktowałyśmy się ze sobą w tajemnicy co kilka dni, żeby ustalić, co i jak. – Postaram się zatrzymać twoją matkę jak najdłużej. Ale nie wiem, ile jeszcze czasu będzie wierzyć, że jestem w ciężkiej depresji. Już spogląda na mnie podejrzliwie – wyszeptała mi konspiracyjnie do słuchawki. – Trzymam kciuki, żeby to był w sumie miesiąc – odparłam. Byłam pewna, że w takim czasie zdołam zawrócić tatę na właściwą drogę. I że on już z niej nie zejdzie. Cioci udało się zatrzymać mamę tylko przez trzy tygodnie. Trochę mnie to zmartwiło, bo myślałam, że dociągnie do tego miesiąca, ale i tak byłam zadowolona. Ojciec zrobił olbrzymie postępy. Coraz sprawniej posługiwał się prawą ręką, był silniejszy, pewniej chodził. Pomagał mi w domu, wychodziliśmy na spacery. Pocieszałam się, że jak mama to zobaczy, to mnie pochwali. Niestety, nie było tak pięknie. Mama wróciła od cioci trochę zła. Od wejścia oświadczyła, że jej siostra ma pewnie tylko klimakterium, a nie depresję, i że niepotrzebnie tłukła się do niej taki kawał drogi. – Przecież wiedziała, że Tadeusz jest ciężko chory. A mimo to mnie wyciągnęła… – mruczała niezadowolona. – Ale już jesteś z powrotem! – przerwałam te utyskiwania. – No i całe szczęście. Opowiadaj, co u was – zaczęła się dopytywać. – Super! Właśnie przygotowaliśmy dla ciebie obiad. I jeszcze mieszkanie posprzątaliśmy – odparłam beztrosko. – Jak to wy? – mama nie mogła chyba uwierzyć w to, co słyszy. – No tak, tata i ja – wyjaśniłam. – Bój się Boga, dziecko – załamała ręce. – Miałaś pilnować, żeby ojciec się nie przemęczał, jak najwięcej odpoczywał. A ty co? Chcesz, żeby dostał kolejnego udaru? Nie mogę uwierzyć, że jesteś taka bez serca – patrzyła na mnie oskarżycielsko. Zrobiło mi się tak przykro, że omal się nie rozpłakałam. Na szczęście w tym momencie do akcji wkroczył tata. Podszedł i mocno przytulił mamę – Nie krzycz, tylko jej podziękuj. Mira jest mądrzejsza i ode mnie, i od ciebie – wyszeptał jej do ucha. Pewnie myślicie, że mama po tych słowach rzuciła mi się z wdzięczności na szyję. Nic z tego. Jeszcze przez długi czas wypominała mi, że nie opiekowałam się tatą tak, jak kazała… Najważniejsze jednak, że gdy wyjechałam do Warszawy, nie zapakowała taty z powrotem do łóżka, tylko pozwoliła mu normalnie żyć. To chyba tak, jakby przyznała, że jednak miałam rację, prawda? Ojciec z każdym dniem jest bliższy zdrowia i bardzo się z tego cieszę! Czytaj także:„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę” Dlaczego nie ojciec!? – wykrzykną oburzone zwolenniczki równości we wszystkim. Odpowiedź jest prosta: to matka jest głównym filarem rodziny, nawet jeśli dominuje ojciec. To ona ma naturalną, biologiczną więź z dzieckiem i ona w początkowej fazie życia jest całym jego światem. Nie będziemy omawiać depresji poporodowej i w związku z nią zaburzeń funkcjonowania – to inny temat. Przyjrzymy się pozornie „normalnym” zachowaniom: powszechnym i jakże dla dziecka szkodliwym. Zła wiadomość: – Toksyczna matka powoduje, że dziecko nie może odnaleźć się w swoim dorosłym życiu, nie czuje się szczęśliwe, niczym nie umie się zadowolić, ma duże poczucie lęku, kłopoty z relacjami osobistymi i przejmuje toksyczność matki. – Każda rodzina jest czymś naznaczona, na szczęście nie każda w sposób skrajny. Dobra wiadomość: – Czasami toksyczne zachowania występują okazjonalnie i nie zdążą zrobić prawdziwego spustoszenia. – Na każdym etapie życia można sobie pomóc. – Dorosła ofiara toksycznej matki może zmienić swoje przekonania, zachowanie oraz złagodzić skutki wieloletniego trucia. Przyjrzyjmy się zatem zachowaniom toksycznej matki. Nadopiekuńczość Największa z możliwych toksyn. Nie pozwala dziecku dojrzeć, usamodzielnić się, odciąć pępowiny i cieszyć się życiem. Ogranicza i blokuje zdobywanie doświadczeń. Matka twierdzi, że to z miłości, tymczasem jest to przemoc z dorobioną ideologią. Nadopiekuńczość to żadne matczyne kochanie, tylko chęć kontroli za wszelką cenę, poprzez rzekomą „dobroć”. Wyręcza, usprawiedliwia, „wie”, co dla jej dziecka najlepsze. Najchętniej zorganizowałaby mu cały świat i autonomię dziecka odbiera jako zagrożenie dla jej miłości. A dziecko się dusi – im większe, tym bardziej. Katarzyna jest aktywna zawodowo, ale większość jej energii pochłania zajmowanie się dzieckiem i „inwestowanie” w jego przyszłość. Pilnie i skrupulatnie odrabia z nim lekcje, czyta każdą lekturę – inne świadectwo niż z czerwonym paskiem nie wchodzi w grę; przygotowuje do różnych konkursów (recytatorskiego, tanecznego, tworzenia cudów na kiju) i angażuje wszystkich znajomych do internetowego głosowania na jej dziecko. Wozi na dodatkową naukę języków, zajęcia sportowe, castingi do reklam. Dziecko jest wytresowane jak cyrkowa małpka: pięknie występuje, ogarnia pamięciowo każdy materiał. Matka puchnie z dumy i jest przekonana, że to wszystko robi dla dobra własnego dziecka. Nie zauważa, że dziecko nie ma czasu na zabawę, na nawiązanie pierwszych przyjaźni, na trenowanie relacji z rówieśnikami na innym gruncie niż szkoła. Nie widzi, że w pogoni za przyszłym „sukcesem” pozbawia swoje dziecko dzieciństwa. Nie słyszy – bo jej dziecko mówi to do szkolnych kolegów, a matki na szczęście nie mogą siedzieć z dzieckiem w jednej ławce – że jej dziecko chciałoby inaczej, ale nie chce robić przykrości mamie, więc jedzie na kolejny casting, bierze udział w kolejnym, wynalezionym przez mamę konkursie… Córka Elwiry ma prawie czterdzieści lat, ale dla niej i tak jest dzieckiem – tak też o niej mówi. Dała jej całkowitą, bezwzględną akceptację, zawsze biorąc pod uwagę „dobro” swego dziecka, często kosztem własnego. Aktywna, z sukcesami zawodowymi, głośno powtarza, że całym jej światem i szczęściem jest jej dziecko. Męża traktuje jak zło konieczne, walcząc z nim o wszystko, zawsze znajdzie dziurę w całym. To, co ona uważa w sprawie ich córki, jest jedynie słuszne, a uwagi ojca traktuje jak czepianie się albo skrajny idiotyzm. Nie przyszło jej do głowy, że jest toksyczna, także na odległość; że miłość rodzicielska to również uczenie życia poprzez dawanie przykładu (także traktowaniem własnego życiowego partnera) i stawianie granic. Żałuje, że jej dziecko nie chce z nią mieszkać. Elwira chciałaby chociaż móc przywozić córce kotlety. Zawsze, gdy ją odwiedza, zmywa naczynia (mimo protestów córki, która woli wstawić je do zmywarki) i zajmuje sobą całą przestrzeń jej małego mieszkania. Na każde skinienie jest – gdy „dziecko” chce, lub chowa się w kąt, gdy jej córka ma gorszy humor i źle ją potraktuje. Elwira czeka na najmniejszy przejaw serdeczności jak bezpańska psina na podrapanie za uchem i nie przyjmuje do wiadomości, że ma swój duży udział w braku kompetencji społecznych i ciągłym poczuciu beznadziei swojego ukochanego dziecka. Nie chce widzieć, że takie zalanie „miłością” to żadne kochanie, tylko zaspokajanie swojego egoizmu i zapełnianie swojego życia życiem dziecka. Iwona uważa, że jej synuś jest wyjątkowy, tylko czasem nie ma szczęścia. Bierze jej samochód bez zgody? Widocznie potrzebował. A że ona nie miała jak dojechać do pracy – cóż, przecież jakoś sobie poradziła. Dziewczyny w dzisiejszych czasach są okropne – każda go zostawia. Bywa nerwowy i porywczy, nawet Iwonie kiedyś podbił oko, ale przecież generalnie jej synuś jest dobrym człowiekiem. Nie umie sprzątnąć po sobie, za to lubi dobrze zjeść – prawdziwy facet z niego. Gdy po pijanemu rozwalił samochód, była gotowa dać łapówkę całej Komendzie Stołecznej i sędziemu, aby tylko mu się upiekło. Porusza wszelkie znajomości, żeby znaleźć mu kolejną pracę (w żadnej nie wytrzymał dłużej niż trzy miesiące) i nie widzi, że jej znajomi wykorzystują kryzys jako usprawiedliwienie braku chęci polecania wyhodowanego przez nią pasożyta. Poświęcanie się To kolejna zmora. Zawsze podszyte poczuciem krzywdy i wpędzaniem w poczucie winy „niewdzięcznego” dziecka. Nikt nie potrzebuje i nie chce niczyjego poświęcenia, zwłaszcza własnej matki. Co innego świadomy wybór: rezygnuję z pracy, bo chcę pierwszy okres życia mojego dziecka tak właśnie spędzić. Zarzucanie dziecku, że dla niego matka zrezygnowała z „kariery”, że wszystko oddała w imię jego dobra – jest kłamliwą manipulacją. Za takim przejawem przemocy (a tak!) stoi zwykle jej neurotyzm i niespełnienie. Obarczanie dziecka poczuciem winy za własne frustracje i nieumiejętność życia to wyraz niedojrzałości i zaburzonego funkcjonowania matki. Za tym zwykle stoi chęć kontroli i podporządkowania sobie wymykającego się dziecka. Szantaż emocjonalny („Ja dla ciebie to czy tamto, a ty pięknie mi się odwdzięczasz”) i roszczeniowość w imię rzekomych poświęceń uniemożliwia dziecku normalne życie, powodując złość, poczucie winy, poddanie się i głębokie zaburzenia nerwicowe. Domaganie się całkowitego oddania emocjonalnego Matka za wszelką cenę chce utrzymać pozycję najważniejszej osoby w życiu dziecka. Nie bierze pod uwagę tego, że naturalnym procesem jest zmiana i że jej rolą jest przygotowanie dziecka do dorosłego życia, bycia partnerem i rodzicem. Zamiast uczyć córkę szacunku do siebie samej, a syna, jak warto traktować kobiety, najchętniej ubezwłasnowolniłaby własne dziecko, by dało jej taką miłość, jakiej nie otrzymała od wybranego przez siebie partnera. Posunie się do udawania choroby i wzywania dziecka pięć razy w tygodniu w środku nocy lub przed ważnym towarzyskim wydarzeniem dziecka, w którym miała nie brać udziału, ataków wymówek albo „rezygnacji” („No tak, jedź sobie na ten weekend, a ja zostanę sama. Może umrę, to nie będziesz mieć więcej ze mną kłopotu…”). Bierna służąca Uzależniona od mężczyzny lub od dziecka (co ciekawe, to rzadko idzie w parze!), sama o niczym nie decyduje. Toleruje każde zachowanie swojego partnera lub dziecka. Nie umie zadbać ani o siebie, ani o dziecko, bo jeśli daje się terroryzować jednemu lub drugiemu, to dbanie jest niemożliwe. Nie wie, jak ustalać zasady. Ba! Nie wie, jakie one powinny być! Nie ma mowy o jakiejkolwiek konsekwencji, bo nikt nie ma zwyczaju liczyć się ze służącą. Niedecyzyjna, bierna, nieszczęśliwa, wpędza w poczucie bezsensu niczemu niewinne dziecko. Szafowanie „dobrem” dziecka W zależności od osobistego wygodnictwa: toleruje przemoc domową („przecież dziecko powinno mieć obydwoje rodziców”) lub rozwala istniejący związek(„dziecko powinno mieć szczęśliwą matkę, a z ich ojcem taka nie jestem”). Cacka się z rodzinnym przemocowcem jak ze zgniłym jajem, nie widząc, że rujnuje psychikę dziecka. Przeciwny biegun: sprowadza do domu i swojego łóżka kolejnych wujków, nie biorąc pod uwagę, że kalejdoskop jej miłosnych porażek burzy poczucie bezpieczeństwa dziecka. Tylko toksyczna, ograniczona matka uniemożliwia dziecku kontakty z ojcem– najczęściej w imię osobistej zemsty zawiedzionej kobiety, ale z niesieniem na sztandarze „dobra” dziecka (nie mówię o sytuacji, gdy ojciec nie trzeźwieje lub rzeczywiście skrzywdził dziecko). Nie patrzy, jak rozwiązać sprawę spotkań, by było to z największą korzyścią dla dziecka. Zabrania, bo… i tu następuje cała litania bzdur, w jej oczach utwierdzających ją w słuszności podjętej decyzji. Dla „dobra” dziecka toksyczna matka despotycznie przejmuje ster jego życia w swoje ręce. Lepiej wie, jakie studia ma skończyć, z kim się zadawać, jak spędzać wolny czas. Płaci i wymaga całkowitej lojalności i poddania. „Niesubordynacja” kończy się emocjonalną karą, a nawet zerwaniem wszelkich kontaktów (taką postawę również dość często przejawiają ojcowie). „Przyjaciółka” – taka „od serca” Zwierza się dziecku ze swoich rozterek, obarczając je sprawami, które zwyczajnie je przerastają. Dopytuje o intymne szczegóły z życia dziecka, udziela rad, zabiera na swoje imprezy jako osobę towarzyszącą. Ma z dzieckiem sekrety przed ojcem, trzyma z nim przeciw niemu sztamę. Z szesnastolatką pali papierosy, siedemnastolatkowi kupuje piwo. Nie wie, że w ten sposób nie zagłuszy swoich wyrzutów sumienia (bo np. skrycie sama nadużywa alkoholu albo w swoim mniemaniu nie spędza z dzieckiem wystarczającej ilości czasu), a jedynie zrobi mętlik w głowie dziecka, które przyjaciół dobierze sobie samo, a potrzebuje, by rodzic był odpowiedzialnym, stabilnym przewodnikiem, rozsądnym tłumaczem rzeczywistości. Zaprzyjaźnić chce się także z partnerem dziecka. Jeśli ma córkę – będzie kokieteryjna, „młoda”, „atrakcyjna”. Gdy ma syna, każda jego dziewczyna będzie dla niej fantastyczna, ale… I tu po cichutku zaczyna się sączenie jadu: zgrabna, ale nogi ma dość krótkie; fajnie się urządziliście, całe szczęście, że mój syn ma dobry gust; wyjazd to dobry pomysł, tylko czemu jedziecie w góry, skoro ty tak lubisz morze..? Frustratka Wiecznie niezadowolona (powód zawsze się znajdzie), krytyczna, nadmiernie wymagająca uwagi. Źle się wyraża o ojcu dziecka, wciąga je w rodzicielskie rozgrywki (to także zdarza się ojcom). Biedne dziecko – jak ono potem samo ma być odpowiedzialnym partnerem i nietoksycznym rodzicem?? Matka skłócona z całym światem (albo ze znaczącą jej częścią) to podwalina problemów psychicznych dziecka. Także matka nadmiernie rywalizacyjna jest generatorem problemów: porównuje swoje dziecko z innymi i albo święci triumfy wbijając siebie w pychę i fałszując obraz rzeczywistości, albo jest niezadowolona. Jeśli przenosi maskowaną agresję ze swojej matki (najczęściej w relacjach matka – córka) lub ojca (relacja matka – syn), nigdy nic jej nie zadowoli, zawsze znajdzie powód do narzekania i wyrzutów, wpędzając dziecko w chorobliwe zapotrzebowanie na aprobatę. Brak konsekwencji świadczy o słabości wewnętrznej i ma związek z ogólnym niezadowoleniem matki z siebie i życia. Zabrania czegoś, po czym pod wpływem wymuszenia ustępuje (uwaga! Zmiana zdania pod wpływem argumentów i negocjacji jest jak najbardziej zdrowa, natomiast uleganie dla świętego spokoju, pod wpływem wrzasków lub niezadowolenia dziecka, to postępowanie toksyczne, prowadzące do rozchwiania wewnętrznego obydwojga). „Sprawiedliwa” We własnych oczach oczywiście. Bardzo dba o to, by traktować dzieci po równo i tak samo, co powoduje głębokie poczucie niesprawiedliwości w starszym dziecku, bo zwykle od niego więcej się oczekuje mniej dając mu w zamian. Ze zdziwienia przeciera oczy, że jej „sprawiedliwość” powoduje złe relacje między rodzeństwem i wieczne wojny. Drugim końcem kija jest jawne nierówne traktowanie, czyli faworyzowanie któregoś z dzieci – często tego sprawiającego więcej kłopotów. Oczywiście percepcja dziecka jest taka, że może odczuć krzywdę z powodu, który rodzicowi w życiu nie przyjdzie do głowy. „Obecna nieobecna” Spędza z dzieckiem bardzo dużo czasu. Fizycznie, bo rzeczywiście w ogóle tego czasu nie spędza z nim. Co z tego, że są cały dzień w domu, jak tak naprawdę albo nie ma czasu się dzieckiem zająć (praca, komputer, portale społecznościowe, sprzątanie, maseczka, rozmowy telefoniczne z darmowymi minutami…), albo nie ma na to ochoty, tylko wstydzi się do tego przyznać nawet sama przed sobą. Nie przyjdzie jej do głowy, by spędzić pół godziny dziennie całkowicie i tylko z dzieckiem (bez innych czynności, odbierania telefonu, oglądania serialu, odkurzania), by miało ono poczucie, że jest ważne i kochane. Lepsze konkretne pół godziny przytulania, wariowania i wspólnego tarzania się po dywanie, niż cała doba udawania. Matka pijąca Robi większe spustoszenie w psychice dziecka niż pijący ojciec, chociaż w obydwu przypadkach dziecko wyrasta na Dorosłe Dziecko Alkoholika (och, ileż protestów słyszałam: ja nie jestem żadnym dzieckiem alkoholika, tylko mój rodzic po prostu czasem się nie kontrolował…) (przeczytaj więcej o wpływie alkoholizmu na rodzinę tutaj). Kłopoty z samooceną (nieadekwatnie zaniżona lub zawyżona), nadobowiązkowość lub totalne mentalne lenistwo, brak poczucia bezpieczeństwa i lęk przed bliskością to dziedzictwo dorastania w domu z alkoholem. Bez terapii DDA bardzo trudno – jeśli w ogóle możliwe – jest zbudować zdrową rodzinę. Warto sobie uświadomić, że gdy dziecko wkracza w nasze życie, nic już nie będzie takie samo. Dziecko NIE jest własnością rodzica. To nie pluszowy pajacyk, którego możemy włożyć w dowolną szufladkę. Zanim zaczniesz, Czytelniku, obwiniać swoją matkę o toksyczność, weź pod uwagę, że: • Każda matka ma ogromny udział w szczęśliwym lub nieszczęśliwym życiu swojego dziecka. „Ma udział” nie oznacza „jest winna”. Chce dla dziecka jak najlepiej(pomijając patologie) i wychowując dziecko korzysta z dostępnych jej zasobów. Innymi słowy: wychowuje jak umie. A że często nie umie… • W naszą narodową kulturę wpisana jest przemoc, a to ona jest podwaliną wszelkiej toksyczności. Z pokolenia na pokolenie powielamy metody stosowane w naszych domach, nie umiejąc dostrzec, że można inaczej: zamiast nakazów i zakazów – nagradzanie i wspieranie zachowań pożądanych z karami jako ostateczność. Uważamy klapsa za nieszkodliwe, a wręcz konieczne narzędzie wychowawcze, gdy tymczasem jest to tylko i wyłącznie przejaw bezradności i brak zasobów dorosłego! • Toksycznością nasiąka się bardziej niż myślisz, więc jeśli pochodzisz z toksycznego domu, trudno ci będzie stworzyć dom zdrowy. Problem polega na tym, że zatruci ludzie nie chcą widzieć własnej trucizny, tylko szukają jej na zewnątrz, obarczając innych winą za własny dyskomfort, domagając się emocjonalnego zadośćuczynienia za doznane krzywdy od partnera lub… dziecka, oczekując od toksycznego rodzica naprawienia „winy” lub pogrążając się w poczuciu krzywdy i nieszczęścia. • Nieodcięta pępowina, wysoki poziom lęku, ogólny brak zadowolenia i poczucia sensu w życiu, kłopoty z relacjami – to sygnały, że warto szukać pomocy, zanim zatrujesz własne dziecko. Na początek proponuję przeczytać książkę Susan Forward „Toksyczni rodzice”. Potem być może warto poszukać zewnętrznego wsparcia. Szkoda życia. By: Anna Kossak psycholog, life coach, trener biznesu, Toksyczny ojciec Zobacz wszystkie artykuły tego autora

co moja mama robi najlepiej